Skraj nocy - Opowiadania - World of WarCraft

Opowiadania

Data publikacji : 15.11.2011

Skraj nocy

Sylvanas Windrunner dryfuje po oceanie spokoju, gdzie fizyczne odczucia zastąpione są czystymi emocjami. Może dotknąć szczęścia, widzieć radość, słyszeć spokój. To jest życie pozagrobowe, jej przeznaczenie. Nieskończony ocean, w którym znalazła się, kiedy zginęła broniąc Silvermoon. Tutaj jest jej miejsce. Za każdym razem, jej wspomnienie tego miejsca niszczało. Dźwięk oddala się. Wizja zdaje się być ledwie pamiętanym snem. Jednak z przerażającą klarownością, wspomnienie zawsze kończy się tak samo: dusza Sylvanas zostaje wyrwana. Ból jest tak niewyobrażalny, że pozostawia jej duszę rozerwaną na zawsze. Śmiejąca się twarz Arthasa Menethila, z przekrzywionym uśmiechem i martwymi oczami, wpatrzona w nią, kiedy przeciągnął ją ponownie do świata. Zbezcześcił ją. Jego śmiech - ten pusty śmiech - jest wspomnieniem przyprawiającym ją o ciarki.

*      *      *


"Ty sukinsynu!" ryknęła Sylvanas, kopiąc na bok fragment roztrzaskanej zamarzniętej zbroi Króla Lisza. Jej głos, pusty i przerażający, załamał się pod ciężarem jej nienawiści. Dźwięk rozszedł się po szczytach Icecrown, przemierzając doliny niczym mgły, które od zawsze wypełniały to ponure miejsce.

Przybyła do jego dawnej siedziby sama. Na szczyt Icecrown Citadel, gdzie tron mrozu górował nad płaskowyżem białego lodu. Oczywiście to egoistyczne dziecko, które znała zasiadłoby właśnie tutaj, na szczycie świata. Jednak gdzie był teraz? Pokonany. Nie czuła już jego mrocznej obecności w zakątkach swej podświadomości. Fragmenty jego zniszczonej zbroi leżały na białym szczycie tuż przed jego tronem, otoczone pociemniałymi zamrożonymi fragmentami ciał tych, którzy wreszcie sprowadzili go na kolana.

Sylvanas żałowało, że nie było jej tam, aby mogła zobaczyć jak został pokonany. Podniosła zniszczoną rękawice, która wcześniej chroniła dłoń dzierżącą Frostmourne. Wreszcie nie żyje. Jednak dlaczego wciąż wewnątrz czuła tę pustkę? Dlaczego wciąż pulsował w niej gniew? Rzuciła fragment zbroi ze szczytu, patrząc jak znika w gęstej mgle.

Nie była sama. Dziewięć błyszczących duchów zebrało się wokół szczytu, a ich ozdobione maskami twarze zwróciły się w jej kierunku, w czasie kiedy ich eteryczne ciała utrzymywały się na niematerialnych skrzydłach. To były Val'kyr, prastare wojownicze damy, które zostały zniewolone przez Arthasa. Dlaczego pozostały w tym miejscu? Sylvanas nie wiedziała, jednak wcale jej to nie obchodziło. Nie stały na jej drodze, milczały i nie ruszały się, nawet kiedy Sylvanas krzyczała. Czy przyglądały się jej? Oceniały? Ignorowała je i ruszyła przez śnieg do tronu Arthasa.

Ktoś inny siedział na tronie.

Początkowo Sylvanas myślała, że jest to ciało Arthasa, ułożone w tym miejscu i zamknięte w lodowej kopule, jednak sylwetka była zupełnie inna. Podeszła do tronu i przetarła powierzchnię lodu, wpatrując się w uwięzioną w środku postać. Człowiek, tak. Rozpoznała profil naramiennika Przymierza. Jednak ciało było całe poparzone, a skóra spalona niczym mięso z rusztu. Miał na sobie koronę Arthasa - a jego oczy - nagle zrozumiała...

Zastąpili go. Nowy Król Lisz zasiadł na tronie!

Po raz kolejny Sylvanas krzyknęła, a początkowy szok przerodził się w kipiący szał. Uderzyła otwartą dłonią o lód, następnie pięścią. Powierzchnia bryły pękła. Nieruchoma twarz znalazła się za złożoną z pęknięć pajęczyną. Jej krzyki ucichły, znikając w mgłach otaczających szczyt. Zastąpili go. Czy to znaczy, że zawsze będzie istniał Król Lisz? Idioci. Naiwnie zakładają, że ich marionetka na tronie któregoś dnia nie zechce sama kreować rzeczywistości. Albo co gorsza: stanie się bronią w rękach czegoś jeszcze bardziej przerażającego.

To był straszny cios. Spodziewała się dotrzeć tutaj w chwale, a nie odnieść kolejną porażkę. Pyrrusowe zwycięstwo. Jednak odeszła wyprostowana od tronu, akceptując, że cykl będzie wciąż trwał. Arthas nie żył. Jakie znaczenie miało to, że kolejne zwłoki zasiadły na jego pustym tronie? Sylvanas Windrunner wreszcie dokonała swej zemsty. Wizja, która prowadziła ją i jej lud przez tyle lat, w końcu się spełniła. Żadna cząstka jej zniszczonego, wskrzeszonego ciała nie przejmowała się tym, dokąd zmierzać będzie teraz świat.

Wszystko dobiegło końca. Częściowo była zdziwiona tym, że istniała, bez jego przerażającej obecności czającej się w jej umyśle. Odeszła od tronu i powoli obróciła się, aby przyjrzeć się zimnemu, szaremu światu wokół niej. Jej myśli powróciły do miejsca wypełnionego spokojem, ledwie zapamiętanego wspomnienia tego, co czeka ją po drugiej stronie. Dom. Nadszedł czas.

Powoli zbliżyła się do krawędzi lodowej platformy. Setki metrów pod nią, skrywany przez gęstą mgłę, znajdował się las połamanych, szpiczastych odłamków saronitu, który widziała wcześniej. Sam upadek by jej nie zabił, jej ożywione ciało było niemal niezniszczalne. Jednak te kolce, utwardzona krew starego boga, nie tylko rozdarłyby jej ciało, ale również zniszczyłyby jej duszę. Pragnęła tego. Powrócić do spokoju. Zadanie, którego podjęła się w lasach Silvermoon wraz ze śmiercią Arthasa, zostało zakończone.

Zdjęła z ramienia swój łuk i odrzuciła go na bok. Zabrzęczał upadając na nierówną powierzchnię lodu. Następnie zdjęła kołczan. Strzały wysypujące się z niego spadały w dół fortyfikacji Icecrown Citadel, znikając jedna ze drugą w gęstej mgle. Pusty kołczan bezgłośnie wylądował tuż obok jej stóp.

Jej poszarpany, ciemny płaszcz, nieograniczony już zdjętą przed chwilą bronią, w zimnym wietrze zaczął wić się wokół jej szyi. Nie czuła zimna, tylko ból. Wkrótce nie będzie czuła już nic. Powoli wyobrażała sobie, jak jej dusza dociera do miejsca wypełnionego spokojem po raz pierwszy od niemal dekady. Przechyliła się w stronę krawędzi. Zamknęła oczy.

Jak jeden mąż, Val'kyr odwróciły się w jej stronę.

.......................................................................................................................................................................................................................

Pozostałe nowości